Nowenna do NMP Jarosławskiej (Matko pociesz bo płaczemy). Dzień VI-IX

Nowenna, dzień I - V

Dzień szósty

U źródła życia

Jest obok kościoła kaplica ze studzienką Matki Bożej.

Jakaż jej historia? Można by ją nazwać jednym słowem: "Upodobanie Panny Maryi". Tak, Ona ma upodobanie w źródełkach.

Znamy przecież cudowną Jej wodę w Lourdes, sławną jest ona w całym świecie. Tam to Matka Boża jako Niepokalanie Poczęta objawiła się pasterce - dzisiaj już świętej, Bernadecie - i kazała jej grzebać ziemię, spod której wytrysło źródło wody, która dzisiaj w cudowny sposób leczy rozmaite choroby. Tak też możemy powiedzieć, że i w Jarosławiu upodobała sobie Matka Boża źródełko, z którego kazała wytrysnąć obfitą wodą dla dobra swych dzieci. Było to zaraz w początkach, kiedy pokazała się jako Bolesna na dzikiej gruszy ubogim pastuszkom. Zrazu była to tylko cudowna woda dla ożywienia pielgrzymów licznie tu przybywających, ale wkrótce okazało się, że przynosi ulgę w rozmaitych chorobach. I tak zanotowano, że w roku 1685 przybył na to miejsce ze Lwowa niejaki Kazimierz Poprawa, który miał wrzód w gardle i w żaden sposób nie mógł przełykać. Kiedy zaś z wielką ufnością modlił się do Matki Bożej na tym miejscu i napił się tej wody, gdy tylko wrócił do domu, wrzód pękł i odzyskał on zdrowie.

Inny znów wypadek: Zofia Goleńska tak zapadła na nogi, że od półtora roku przez izbę tylko z trudnością mogła przejść. Gdy tylko wodą z tej studzienki obłożyła nogi, została uzdrowiona. Na dowód tego swą laskę, bez której chodzić nie mogła, tu zostawiła.

Można by i wiele innych łask tu doznanych przytoczyć i to nawet z ostatnich czasów. Sama woda nie ma w sobie żadnych nadzwyczajnych składników zdrowotnych. Można by nawet wprost przeciwnie sądzić. W czasie bowiem ostatniej wojny, kiedy kościół zamknięto, na kapliczce ze studzienką umieszczono napis, że użycie wody tej grozi niebezpieczeństwem życia. Nikt jednak od niepamiętnych czasów z tej wody nie zachorował. Owszem z wiarą użyta wielce pomaga. Z czasem zbudowano nad studzienką wspaniałą kapliczkę z kopułą, którą dzisiaj oglądamy. W tej kapliczce jest ołtarzyk Matki Bożej Bolesnej, przed którym w czasie odpustu odprawia się Msza św. W ostatnich czasach, podczas wojny w roku 1941, kiedy kościół był zamknięty, przebywał tu stale Pan Jezus w Najświętszym Sakramencie. Tu też przeniesiono z wielkiego ołtarza Cudowną Matkę Bożą i tu odprawiały się wszystkie nabożeństwa. Wtedy to nabożeństwo do Matki Bożej wielce się wzmogło i sprawiło, że Bóg w miłosierdziu swoim pozwolił, że mimo wojny i wielkich trudności mogła Cudowna Matka Boża powrócić do tronu wielkiego ołtarza.

Rozważanie

Jest jeden skarb niedoceniony, przez ludzi nawet często lekceważony, na który, niestety, mało zwracałem uwagi, jest nim łaska Boża uświęcająca.

Czym ona jest? Czy można to powiedzieć, kiedy rozum ludzki idzie tu po omacku i tylko wiara mu kagankiem drogę wskazuje? Czyż słabość moja potrafi objąć tę prawdę, że łaska - to Bóg w sercu, Bóg z całą swoją potęgą, wszechmocą i dobrocią? Łaska to niebo w duszy; to krew nowa, krążąca w mych żyłach, to życie inne, wyższe stokroć od życia zmysłów, od mej zepsutej natury; to tchnienie Boże, które ciągle mnie wraca do nadprzyrodzoności i duszę moją zapładnia świętymi myślami.

Jakże przeto potrzebną ona jest dla życia mego. Wiedział o tym Chrystus i dlatego często w swoich przemówieniach podkreślał tę prawdę. Mówił o niej jako o królestwie potężnym niebieskim. Raz porównał ją z perłą drogą, drugi raz ze skarbem ukrytym w ziemi, który wart tyle, że śmiało można wszystkie inne bogactwa sprzedać, byle zdobyć takowy. Innym znów razem Chrystus porównał łaskę z wodą żywą. Było to w rozmowie z Samarytanką u studni. Wtedy to Chrystus wypowiedział do niej słowa te: "Byś wiedziała dar Boży i kto jest, co ci mówi daj mi pić, tedy byś go poprosiła, a dałby ci wodę żywą. Woda, którą ja dam mu, stanie się w nim źródłem wody wytryskującej ku żywotowi wiecznemu" (J 4). Tak przeto jak woda jest niezbędną dla życia człowieka, tak niezbędną dla duszy jest łaska Boża. Nie zastąpisz wody niczym, nawet najdroższym winem, tak nie zastąpisz niczym łaski Bożej. Gdy ona uleci z duszy, cóż wszystko inne jest warte?... Wszystkie bogactwa, przyjemności, w porównaniu z nią - to śmieć, to nędza.

A więc z jednej strony nie smuć się zbytnio, chociażby największe braki doczesne cię dotknęły. Gdy mam Chrystusa w sercu, On mi za wszystko wystarczy. Z drugiej strony - większą, o daleko większą potrzeba mi odtąd uwagę zwrócić na cenę łaski Bożej. Był bowiem czas, i to ze wstydem wspominam, że lekceważyłem ją sobie. Niewiele mi zależało na tym, nie żałowałem, gdy ją straciłem - i tak żyłem z dnia na dzień. Tylko doczesność była mi w głowie i tam całe moje serce. I dlatego frymarczyłem z łaską Bożą, sprzedawałem ją za bardzo niską cenę, za chwileczkę przyjemności. I nie dbałem, że łaski Bożej długie czasy nie posiadałem. Dzisiaj, z miłosierdzia Bożego przejrzałem, dlatego śmiało chcę i pragnę powiedzieć - i to postanowienie składam Tobie, o Panie - że raczej wszystko niech stracę, bylebym tylko Ciebie, o Panie, nigdy nie stracił, zawsze Ciebie posiadał!

Modlitwa

Wejrzyj na mnie, o Matko Bolesna, jak niegdyś wejrzałaś na pastuszków i tylu chorych, których uzdrowiłaś Twą wodą i Twym wejrzeniem tutaj, w jarosławskiej ziemi, w swej świątyni. Ty wiesz, o Pani moja, jak biednym jestem i potrzebuję Twego wsparcia.

Ale przede wszystkim, Matko Bolesna, błagam Cię najgoręcej, uproś mi u Syna Twego odpuszczenie grzechów moich, przez szczerą spowiedź, abym odtąd żył stale w łasce Bożej uświęcającej i nigdy od Jezusa się nie oddalił, i w stanie łaski Bożej życie moje kiedyś zakończył.

Ojcze nasz..., 10×Zdrowaś Maryjo...

Modlitwa, jak w dniu pierwszym.

Dzień siódmy

Przybytek Panny Maryi

Mała kapliczka na polach jarosławskich coraz większym cieszy się powodzeniem. Już nie tylko z okolicy, lecz i z dalszych stron spieszą liczne rzesze do Cudownej Matki Bożej Bolesnej w dni poświęcone Jej uroczystości. Stolica Święta udziela odpustu zupełnego na wszystkie święta Matki Bożej dla wszystkich nawiedzających to miejsce. Dyplom rzymski podpisany jest osobiście przez 20 kardynałów.

Wkrótce kapliczka okazuje się za ciasną, trzeba ją koniecznie rozszerzyć. Czyż znajdą się na to odpowiednie fundusze? Lud z duszy, z serca pragnie przyjść z pomocą, lecz jest za biedny. Znosi do kaplicy wosk, świece, drobne ofiary, ale więcej nie może. Opatrzność Boża przychodzi tu z pomocą. Możny Pan Jarosławia Rafał Tarnowski własnym kosztem wznosi tu w roku 1421 kościół gotycki i zaopatruje go w bogate sprzęty i aparaty. Kościół ten przetrwał 200 lat. W roku 1629 księżna Anna Ostrogska zaczęła budować wspaniałą świątynię w stylu barokowym dla Matki Bożej "Polnej", którą dokończyła i hojnie wyposażyła córka jej Anna Alojza Chodkiewiczowa. Dla duchowej opieki tego kościoła sprowadziła Ojców Jezuitów i ufundowała dla nich klasztor.

Przy tym klasztorze utworzono szkołę muzyczną wraz z kapelą, która miała obowiązek przygrywać w czasie uroczystości kościelnych.

Obecnie świątynia ta przedstawia się imponująco. Już z daleka uderza swoją monumentalnością. Kościół duży, z dwiema wieżami, z obszernymi zabudowaniami klasztornymi, otoczony murem wysokim i rowem spadzistym, robi silne wrażenie i przenosi nas mimo woli w czasy średniowiecza. Wewnątrz widzimy 3 nawy, zdobne malowidłami z XVIII w., przedstawiające chwałę Maryi i życie świętych. W prezbiterium tuż pod sklepieniem w ośmiu niewielkich obrazach na murze, jest przedstawiona historia tego cudownego miejsca. Od lewej strony obraz objawienia się Matki Najświętszej pastuszkom. Drugi obraz Matki Najświętszej - przeniesienie do kaplicy zamkowej, na trzecim zaś aniołowie przenoszą Ją z powrotem na dawne miejsce. Na czwartym - pożar kaplicy, statua Matki Bożej nie tknięta. Od strony prawej król Sobieski prosi o błogosławieństwo przed wyprawą wiedeńską. Dalej biskup Fredro funduje ołtarz wielki i dach miedziany na kościele, na dalszym - koronacja Matki Bożej, na ostatnim wreszcie - objęcie kościoła przez OO. Dominikanów.

Ołtarz wielki bardzo gustowny, odpowiadający stylowi kościoła, pociąga swą pięknością: ciemno-zielony, obity blachą srebrną, mieści w sobie nad tabernakulum tron Matki Najświętszej, zasłonięty obrazem, a odsłaniany codziennie przed uroczystą Mszą św. przy śpiewie "Gwiazdo śliczna wspaniała, jarosławska Maryjo...".

W nawach, obok ołtarza Ukrzyżowanego Jezusa i obrazu starożytnego Serca Jezusowego, do którego wierni mają wielkie nabożeństwo, widzimy ołtarze świętych czcicieli Matki Bożej zakonu dominikańskiego. Ołtarz różańcowy bractwa, dalej ołtarz św. Dominika, św. Józefa - opiekuna Najświętszej Bogarodzicy, i zakonu kaznodziejskiego św. Jacka. Z drugiej strony ołtarz św. Wincentego Ferreriusza, św. Ludwika, św. Tomasza i św. Męczenników.

Tak to cała ta świątynia, budowana wielkim nakładem możnych, potem wielokrotnie restaurowana ofiarami biednego ludu, rozbrzmiewa dzisiaj chwałą Bogarodzicy. A wraz z nią wznosi się codziennie od wieków potężna modlitwa, płynąca z ołtarzy Ofiary Mszy św. ku czci Trójcy Przenajświętszej, od której spływa znowu w sposób niewidzialny, ale cudownie skuteczny, błogosławieństwo Boże na cały Kościół święty, na wszystkich cierpiących pokrzepienie, a w szczególności na tych, którzy kornie tulą się do nóg Bogarodzicy, cudownej Matki Bolesnej w tej tu świątyni.

Rozważanie

Mimo sprzeciwów samolubstwa, ludzkość coraz więcej z każdym dniem pojmuje dobrodziejstwo miłosierdzia chrześcijańskiego; temu zaś, kto by się buntował, a chciałby kiedyś cieszyć się radością nieba, wystarczy przytoczyć słowa Chrystusa Pana: "Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili" (Mt 25,40). Jak to, Panie - zapyta się niejeden na Sądzie Bożym - kiedy to widzieliśmy Cię głodnym, a nie nakarmiliśmy Cię? Chrystus wtedy wskaże tych, na których biedę patrzyliśmy, co byli blisko nas, a nie posililiśmy ich. Nic tu nie mają do mówienia potrzeby własne ani lichy stan majątkowy. Chrystus nie patrzy na wielkość ofiary, lecz na serce, bo przypomnijmy sobie wdowę, wrzucającą do skarbony tylko dwa grosze, którą Chrystus pochwalił. Nie dużych lecz z serca jak najwięcej ofiar dzisiaj potrzeba, ofiar dla biednych, których mamy co krok prawie bez liku, ofiar na świątynie Pańskie, gdyż tu chodzi o nic innego, jak o samego Chrystusa Pana. To jedna ofiarność, do której mnie wzywa sam Chrystus i wieki minione, kiedy patrzę na świątynię Pańską takim nakładem budowaną i tyle wieków utrzymywaną ofiarnością wiernych.

Ale jest jeszcze inna, do której mnie również wzywa Jezus i Jego Matka Najświętsza. To ofiarność w dziedzinie mej duszy. Jest biedak w ostatnich łachmanach, bardzo bliski memu sercu, dogorywający na swym łożu, któremu zamiast lekarza, ręka zbrodnicza podsuwa truciznę. Co to za zbrodniarz okrutny, kto on jest? To ja sam! Tym biedakiem, to dusza moja, ja sam ją zatruwam, sam osobiście grób jej gotuję. Jak to może być? Skąd u mnie takie szaleństwo? Brak u mnie ducha ofiary, jednym słowem. Tu trzeba było zaraz, kiedy dusza śmiertelnie zachorowała, zawieźć ją jak najprędzej do lecznicy duchowej - do konfesjonału; po tym zaś iść jak najskrupulatniej za wskazówkami lekarza duchowego. Odwlekałem, a tu nagle przyszedł atak silnych namiętności i nie było już sił, aby się im oprzeć i sam świadomie zatruwałem duszę swoją.

O, gdybym się był zdobył na tę ofiarę, która wtedy zdawała się być dla mnie trudną...; gdybym, mimo to, był podjął się jej i konsekwentnie zastosował, dusza moja, życie moje duchowe byłoby uratowane.

Znowu inna ofiarność tego rodzaju: jest śpiączka, co grozi śmiercią, a która pozornie błogi sen sprowadza, to stan duchowy bardzo niebezpieczny, obojętnością zwany. Wtedy śnią się duszy wielkości, w które wierzy, a w rzeczywistości w życiu codziennym jest zerem duchowym. Tak, pamiętam te smutne koleje mego życia. Dla Boga, dla nieba, dla wieczności - prawie że nie istniałem, bo czyż można nazwać wiarą, czcią Boga tych parę zygzaków, które od niechcenia codziennie nad sobą kreśliłem, jak gdybym chciał od siebie odżegnać nieszczęścia. Poza tym cały, po uszy zatopiony byłem w doczesności. Świat, życie codzienne z wszystkimi wypadkami mnie pochłaniało, żyłem życiem zmysłów, niskiej natury i jej światem. Byle zjeść dużo, dobrze, i byle mieć to, co przyjemność przynosi - o resztę nie dbałem. I zdawało mi się, że wszystko jest w porządku, a tu tymczasem sami ludzie i ten świat, który otworzył mi oczy, powiedział, że jestem nicponiem, marnotrawcą chleba, nieuczciwym człowiekiem.

Kiedym z goryczą rozważał te słowa, doszedłem z bólem do przekonania, że dużo w tym prawdy. Tak, nieuczciwym byłem przede wszystkim wobec Pana Boga, Któremu ode mnie należy się służba całkowita. Wszystko winno być Panu Bogu podporządkowane, bo wszystko od Niego otrzymałem. Wszystko od Niego powinno się zaczynać i na Nim kończyć, żadnej połowiczności Bóg nie znosi.

W uszach brzmiały mi Jego słowa: "Pocznę cię wyrzucać z ust moich, boś ani zimny, ani gorący". I cóż było przyczyną tego stanu odrętwienia, martwoty duchowej? Drobna na pozór rzecz, drobne zaniedbanie mych praktyk religijnych, nie chciało mi się po prostu przezwyciężyć siebie raz, drugi, potem poszło tym samym trybem coraz dalej, aż stałem się lekkoduchem religijnym, wszystko sobie lekceważąc. Jakież przeto lekarstwo na tę senność duchową, co robić, aby jej uniknąć, kiedy Bogu dzięki jej sobie nie wyrzucam? Nie żałować Panu Bogu ofiar, wyrzeczenia, opanowania siebie, swego lenistwa, gwałtowności, swej próżności, ofiar ciągłych, codziennych, tych drobnych na pozór, które mają przed Bogiem wielkie znaczenie, do tego też dołączać modlitwę.

Modlitwa

Matko Najświętsza, kiedy rozważam, co Tobie zawdzięczam, ile łask otrzymałem od początku życia aż do tego czasu przez Twoje ręce, kiedy się zastanawiam nad tym, że tylu ludzi potrafiło z wdzięczności za dobrodziejstwa, któreś im wyświadczyła, złożyć wielkie ofiary z mienia swego i wiele wyrzeczeń bardzo kosztownych tutaj, na ołtarzu w Twej świątyni, jakiż mnie wstyd ogarnia, że do tego czasu nic Ci nie dałem, żadnej dla Ciebie ofiary nie zrobiłem, a ten drobiazg, który złożyłem, nie pochodził z serca, raczej było to targowaniem się: dam Ci, jeśli mi dasz tych rzeczy doczesnych jeszcze więcej. Teraz jednakże, o Maryjo, za przyczyną Twą przejrzałem i chcę Ci przynieść w ofierze to, czego ode mnie życzysz sobie. Błagam Cię jednak, daj mi ducha ofiary, abym się nie ociągał, nie tłumaczył, ale chętnym i całym sercem składał Ci w ofierze i te drobne wyrzeczenia i te większe, które od czasu do czasu ode mnie żądasz i był Ci wiernym w nich, aż do końca życia mego.

Spraw to, o Pani, Matko moja, Maryjo!

Ojcze nasz..., 10×Zdrowaś Maryjo...

Modlitwa, jak w dniu pierwszym.

Dzień ósmy

Dni radości i chwały

Jak tam w niebieskich przybytkach sama Trójca Przenajświętsza ukoronowała Matkę Najświętszą na Królową Nieba, tak tu znowu na ziemi Kościół św. zdobi Jej cudowne obrazy złotymi koronami na miejscach, które sama sobie obrała, aby oddać Jej przez to hołd należny królewski i zarazem podziękę za łaski, które Ona ludzkości wyświadczyła.

I Jarosławska Matka Bolesna miała być z woli Ojca Świętego ukoronowana, do tego jednak potrzeba było długiego czasu i wielkiego przygotowania. Już w roku 1496 Stolica Święta po raz pierwszy była powiadomiona o łaskach, jakie świadczyła Matka Boża w kapliczce na polach jarosławskich. Wtedy to już udzieliła, jak słyszeliśmy, odpustu zupełnego na uroczystości Matki Najświętszej.

Kanoniczne badanie cudów nastąpiło dopiero w roku 1635. Od tego czasu upłynęło znowu blisko 100 lat, kiedy to w roku 1731 Jakub Sobieski, syn Króla Jana III, bawiąc w Rzymie, uzyskał u papieża Klemensa XII pozwolenie na koronację figury Matki Bożej Jarosławskiej, i sam nawet przywiózł do Polski korony na to przeznaczone. Nie było mu jednak dane przeprowadzić swych zamiarów, gdyż wkrótce po przyjeździe życie zakończył. Śmierć jego i wojny, które niebawem nastąpiły, odwlekły znowu sprawę koronacji na blisko 25 lat. Dopiero w roku 1755 ówczesny biskup przemyski Wacław Sierakowski doprowadził ją do skutku. On to raz jeszcze zbadał cuda, które tutaj się działy, i odniósł się powtórnie do Rzymu, prosząc papieża Benedykta XIV w imieniu duchowieństwa i całego narodu, aby dla większej chwały Bożej i Matki Jego pozwolił ukoronować Jej figurę na jarosławskich polach. Prośbę tę poparł król August III. Ojciec Święty chętnie przychylił się do niej i polecił biskupowi Sierakowskiemu, aby sam dokonał aktu koronacji.

Uroczystość koronacyjna, ogłoszona w całej Polsce i zapowiedziana na 8 września 1755 r., wypadła nad podziw wspaniale. Wzięły w niej udział wszystkie stany, cały naród przez swych przedstawicieli, cała Polska jeszcze nie podzielona. Stanęło wiernie do apelu i gotowe na rozkazy swej Królowej wojsko polskie, pomne na opiekę, którą mu świadczyła, na zwycięstwa, które odnosiło za przyczyną Tej Matki Bolesnej, rycerze okuci w stal, skrzydlaci z chorągiewkami, jak aniołowie otoczyli Jej tron. Nie brakło tu możnej szlachty. Magnaci, złączeni węzłem pokrewieństwa z rodami królewskimi, i fundatorzy tej świątyni, w podzięce Matce Najświętszej za łaski, które świadczyła ich przodkom, kiedy ich domy broniła od zagłady i niewoli, i od śmierci ratowała, przybyli tutaj z daleka w swych różnobarwnych kontuszach, kołpakach, rysich oponach, ze złotymi karabelami przy bokach, wysadzanymi drogimi kamieniami. Schylali oni swoje dumne głowy przed Majestatem Pani zastępów...

Najliczniej jednak pospieszył do swej Królowej lud siermiężny. Ten lud, który od wieków otaczał Jej tron, naprzód w ubożuchnej kaplicy, a potem w tej tu świątyni. Ten lud, co morze łez tu wylewał i który doznał tyle wsparcia i pociechy - dlatego, aby Jej podziękować i na ciężkie czasy opiekę sobie wyprosić - przybył tu z bliska, lecz i z bardzo daleka. Z pieśnią na ustach dążył tu dniami i nocami.

Witając Maryję swymi prześlicznymi staropolskimi pieśniami, rzucał się na ziemię pokotem i tak leżąc długi czas z jękiem i płaczem, głośno wypowiadał Jej swe wezbrane uczucia. Dopiero napierające go tłumy coraz więcej napełniające świątynię, odgłos trąb i nawoływania: "koronator się zbliża", budziły go z głębokiej i rzewnej modlitwy.

Uroczystości rozpoczęły się już w wigilię święta. Koronator wyruszył ze swego pałacu do kolegiaty na rynku, i tu, po przywitaniu, odbyły się nieszpory, po czym wyruszył wspaniały pochód do kościoła Najświętszej Maryi. Na przodzie nieprzeliczone kompanie ze swymi odznakami. Za nimi mieszczaństwo, ławnicy, urzędnicy rozmaitych miast, delegowani wraz z magistratem Jarosławia na czele. Za nimi 100 karet sześciokonnych, w których jechali bogato przystrojeni senatorowie, kasztelanowie i można szlachta. Dalej postępowało wojsko polskie w świetnych strojach, a pośrodku niego posuwała się wspaniała kareta biskupa koronatora, którą poprzedzali na koniach bogato ubrani trębacze.

Przy odgłosie dzwonów, muzyki, bicia dział, przybyli do świątyni Najświętszej Panny Maryi. Wspaniała jej struktura ozdobiona była od góry do dołu zwieszającymi czerwonymi adamaszkami ze złotymi galonami. Na ścianach rozwieszone lustra i srebrne blachy, od których światło biło z tysięcy świec i lamp, ukrytych tak, że mimo nocy zapadającej, wszystko kąpało się jakby w słońcu. Zdawało się, że to niebo się otwiera i przygląda się tej uroczystości.

Właściwa jednak koronacja miała się odbyć dopiero dnia następnego. Noc cała zeszła na śpiewach i modlitwach. O świcie już nowe kompanie zaczęły napływać. Po przywitaniu biskupa koronatora, przy biciu dział, zaczęła się uroczysta Msza św. wraz z kazaniem, po czym przy śpiewie pieśni: "Zawitaj Ranna Jutrzenko", koronator wstąpiwszy do tronu Matki Najświętszej, włożył naprzód złotą koronę na głowę Pana Jezusa, a potem Bogarodzicy. Odgłos trąb i huk dział, i bicie dzwonów, mieszał się ze śpiewem modlitw dziesiątków tysięcy wiernych i - mimo zgiełku i pozornego zamieszania - tworzył cudowną symfonię, która łączyła się w cudowny sposób z chórami aniołów, co w tejże samej chwili zanosili u tronu Bogarodzicy swe nadziemskie pienia, wśród których koronowali ją perłami łez zebranymi na polach jarosławskiej ziemi.

Rozważanie

Dzisiaj, u stóp Matki Bożej rozważę parę myśli o radości, które mi się nasuwają.

Radość jest potrzebą życia, bez niej, jak kwiat bez rosy, usycha ono. Radość jest nakazem Bożym, podyktowanym przez Apostoła Narodów: "weselcie i radujcie się". Tę myśl często można spotkać na kartach Pisma Świętego. Dlaczego jednak tak mało radości prawdziwej, szczerej w świecie? Dlaczego w mym życiu tyle smutku, a mało radości? Spróbujmy to rozważyć.

Każdy człowiek otrzymał od natury pewną dozę radości i smutku; są usposobienia skłonne do radości, drugie raczej do smutku. Nie można iść całkowicie za nimi, nad nimi powinien rozum panować. Stąd pierwszy wniosek: zanadto pozwalam się uczuciom opanować, zanadto poddaję się smutkom. Nie uczucia radości czy smutku mają mną rządzić, lecz rozsądek zdrowy, opierający się na wierze.

Smutek zalewa mnie często, ponieważ nie zdaję sobie dobrze sprawy, na czym radość prawdziwa polega. Czyż można znaleźć prawdziwe szczęście czy radość życia jedynie w zabawach, za którymi dzisiaj tak wszyscy gonią? Nie mówię o zabawie, rozrywce, która ma być wytchnieniem po pracy, odpoczynkiem. Nie o tym myślę - taka zabawa czy rozrywka godziwa każdemu się należy, lecz biorę pod uwagę to rozbawienie, tę manię uciech coraz większych, za którą tak dzisiaj zwłaszcza młodzież wzdycha. Zazwyczaj tak bywa, że po nieprzespanej nocy na zabawie spędzonej ma się bardzo kwaśną minę, a często też i złe samopoczucie. Znak to, że zabawy nie dają prawdziwej radości życia.

Czyż mam wspominać o "szczęściu" tych, którzy w sztuczny sposób podniecają swe nerwy i chcą wywołać uczucia radości? Te wszystkie nadużycia alkoholu itd., i inne, o których raczej ze wstydu lepiej zamilczeć. Jakżesz one nie tylko poniżają godność człowieka, ale i równocześnie ograbiają go z prawdziwej radości życia. Prostą drogą prowadzą do rozpaczy.

Czyż może znaleźć prawdziwą radość ten, który żyje w rozterce z prawem Bożym, czy z prawem natury? Inni znowu marnują drogi czas na ciągłych pogawędkach, szukają w nich pociech, lecz im więcej im się oddają, tym większą później widzą w sobie pustkę duchową. Jedni szukają radości w majątkach, inni w gonitwie za zaszczytami, ale im więcej za nimi gonią, tym bardziej one przed nimi uciekają. Majątki przynoszą więcej zgryzot niźli pociechy, odznaczenia światowe więcej zobowiązań, które przynoszą wiele cierpień.

Wszystko to mi mówi, że radość prawdziwa nie polega na zewnętrznych rzeczach, ale sięga głębiej, jest wewnątrz duszy, a gonitwa za nimi wskazuje, że mi jej brakuje. Na czymże przeto to wnętrze duszy oprzeć, jeśli się chce znaleźć prawdziwą radość życia?

Wielki filozof, a zarazem wielki święty, Tomasz z Akwinu, powiada, że podłożem prawdziwej radości jest miłość. Miłość jest to coś tak wielkiego i prawdziwego, że potrafi blaskiem radości oblać całe życie ludzkie. To jednak nie lada bądź miłość. Im ona wyższa i czystsza, im pełniej jej w życiu, tym i radości prawdziwej więcej.

Najwyższa i najwznioślejsza miłość, to miłość Boga. Jeśli Ona obejmie me życie, i to całe, ze wszystkimi najgłębszymi wewnętrznymi myślami, jeśli Ona zaprawi je swoją największą słodyczą tak, że żyjąc na ziemi, ciałem tylko tu będę, poza tym utonę w Bogu. Wtedy i radość największa przepełni me serce i radości tej nic na tym świecie zastąpić mi nie może.

Czy może człowiek tego szczęścia, tych radości tutaj dostąpić? - Owszem, Bóg nie odmówi łaski, ale trzeba z nią współpracować, życie odpowiednio unormować, a przy tym modlić się o prawdziwą miłość, coraz większą miłość Bożą.

Modlitwa

O Matko Bolesna Cudowna, któraś tutaj wiele łask wyświadczyła śpieszącym do Ciebie o pomoc, przyniosłaś wiele radości. Ty wiesz, jak biednym i smutnym jest moje życie: znikąd ani pociechy, ani pomocy doznaję, dzień każdy coraz cięższy się staje. Nie mam odwagi prosić Cię, abyś oddaliła ode mnie ten krzyż mnie przygniatający, gdyż wiem, żem słusznie na niego zasłużył.

Zbytnio po ziemsku pojmowałem życie, szukając w nim uciech dla siebie. Błagam Cię jednak, o Matko Najmiłosierniejsza, wyproś mi u Syna Twego iskierkę prawdziwej miłości, która by objęła moje życie, moje zimne i zeschłe serce i nauczyła mnie kochać miłością czystą, wielką, przede wszystkim Boga, a potem ludzi - i to bez wyjątku wszystkich - i świat cały. A wtedy i radość zawita do duszy mojej, bo Tobie i Synowi Twemu podobać się będę.

Ojcze nasz..., 10×Zdrowaś Maryjo...

Modlitwa, jak w dniu pierwszym.

Dzień dziewiąty

Przez wieki ubiegłe, do czasów ostatnich

Jak w życiu poszczególnego człowieka, tak i w dziejach Kościoła, radość splątana jest ze smutkiem.

Radosne i pełne chwały Bożej były dni po koronacji Najświętszej Maryi Jarosławskiej, lecz po nich miały wkrótce przyjść czasy smutne tak dla Jarosławia, jak i dla całego Kościoła. Podział ziem polskich między trzy państwa ościenne odbił się boleśnie na życiu religijnym społeczeństwa. Ciężkie i długie wojny, które całą Europą wstrząsnęły, odsunęły od ludzi myśli wyższe, wyziębiły ducha pobożności. Sama świątynia Najświętszej Maryi doznała bolesnej straty. Dotychczasowi jej duchowi opiekunowie, OO. Jezuici, musieli opuścić Jarosław w roku 1773, a fundusze kościoła i klasztoru przeszły w ręce rządu austriackiego. Kościół opustoszał i został obrócony na magazyn zboża dla wojska.

Ale Opatrzność Boża, która swego czasu obroniła cudowną figurę Matki Bożej Bolesnej od zniszczenia w czasie napadów tatarskich, i obecnie nie opuściła Jej ze swojej opieki i tak cudownie pokierowała sprawami, że znaleźli się inni zakonnicy, synowie św. Dominika, którzy po skasowaniu klasztoru bocheńskiego tutaj przybyli i w roku 1777 otrzymali od rządu austriackiego kościół Najświętszej Maryi wraz z klasztorem w posiadanie na wieczne czasy.

Rozbrzmiała na nowo cześć Najświętszej Maryi. Zaprowadzone bractwo różańcowe ożywiło ducha pobożności. Odtąd różaniec codziennie był odmawiany w świątyni pańskiej. Gorliwi czciciele Najświętszej Maryi Panny, przeorowie i kaznodzieje, swym gorącym słowem nawoływali lud do pokuty. Wkrótce można było zauważyć ogólną poprawę życia religijnego.

Na ten czas wypadła 100-letnia rocznica koronacji Matki Bożej. Z tej okazji odbyła się wspaniała uroczystość, sprawiono bowiem nową złotą koronę Matce Najświętszej, gdyż poprzednią użyto na cele wojenne.

Zaprzątnięto się również koło odnowienia świątyni zniszczonej zębem czasu.

Po paru dziesiątkach lat względnego spokoju, znowu zawrzało w całej Europie. Wybuchła w roku 1914 wojna światowa, która pociągnęła za sobą bardzo wiele ofiar. W tym czasie opieka Matki Najświętszej nad kościołem i nad całym miastem okazała się wprost cudowna: 1000 granatów padło na kościół. Skierowano ogień na wieże, gdyż mylnie sądzono, że tam się ktoś ukrywa, ale uszkodzono zaledwie tylko sygnaturkę, krzyż z głównej wieży spadł, i na tym się skończyło, choć cały kościół mógł być w proch rozsypany.

Na podziękowanie za tę łaskę, z prośbą o dalszą opiekę Matki Najświętszej, odbyła się w roku 1916 wspaniała procesja z cudowną Matką Bożą, prowadzona przez biskupów na rynek, gdzie tłumy pobożnych odśpiewały "Pod Twoją obronę" - prosząc o lepszą dolę i pokój dla wszystkich narodów.

I zawitał on błogi i szczęśliwy dla nas pokój, dla nas szczególnie - skołatanych tyloletnią niedolą. O wtedy odczuwaliśmy, jak wielce nas Bóg miłuje, jak bardzo Matka Najświętsza nami się opiekuje.

Po upływie 25 lat spokojnych - przyszła znowu - już tym razem na cały świat straszliwa wojna, jakiej nikt dotąd nie widział i o jakiej nie słyszał - wojna ostatnia w 1939 r. Odbiła się ona dotkliwie i ogromnie na całym życiu nie tylko gospodarczym i społecznym, ale i religijnym.

Na naszym terenie placówka Najświętszej Maryi była znowu silnie zagrożona. Zaraz w początku wszyscy OO. Dominikanie zostali z klasztoru usunięci, kościół znowu zamknięty, a klasztor obrócony na cele wojskowe. Cała ludność odczuła ten cios bardzo boleśnie. Nie tracono jednak nadziei - i kiedy nie można było w kościele, gromadzono się w kaplicy studzienki i tu ołtarzyk Matki Bolesnej tonął w świetle i kwiatach. Modlono się dzień i noc o otwarcie świątyni Maryi Najświętszej i nie na próżno...

Zupełnie niespodziewanie - można powiedzieć - tylko drobny przypadek spowodował, że w samo święto Wniebowzięcia w roku 1940 władze pozwoliły na nabożeństwa w tym kościele księżom parafialnym. I znowu dziwne zrządzenie Boże i opieka Matki Bożej, bo w dzień Niepokalanego Poczęcia tegoż roku, w główne święto parafialne, po zakończeniu nowenny do Matki Bożej, otrzymali OO. Dominikanie pozwolenie objęcia w zarząd kościoła Panny Maryi.

Niejeden jeszcze raz w czasie tej wojny okazała Matka Najświętsza opiekę nad tym kościołem, nad ojcami i nad biednym skołatanym narodem.

Toteż, na ogół cała ludność, tak miejscowa jak i okoliczna docenia te łaski, które Ona tutaj rozdaje, i mimo wielkich trudności spieszy coraz liczniej do tej świątyni, a przede wszystkim na te doroczne, dawniej bardzo wielkie odpusty: Wniebowzięcia i Narodzenia Maryi Panny. Spieszy każdego miesiąca w pierwszą niedzielę na zmiany różańcowe, które się tutaj odbywają, w trzecią niedzielę na adorację Najświętszego Sakramentu i na uroczystą procesję po nieszporach. Tercjarstwo Dominikańskie coraz liczniejsze w członków swych z miasta i wiosek w każdą czwartą niedzielę miesiąca po sumie i nieszporach na swoje zebranie. A młodzież, tak męska jak żeńska, w stowarzyszeniu Żywego Różańca, ministrantów i św. Imeldy, otacza ołtarz Matki Najświętszej i od pierwszych lat zaprawia się do jej służby.

Rozważanie

O Tobie, Maryjo, rozmyślając, chcę tę nowennę zakończyć. Jak wielką, jak wszechpotężną jesteś - poucza nas wiara, zowiąc Ciebie Matką Chrystusową. O Twej nieskończonej dobroci mówi mi świat cały, przede wszystkim ten przeogromny świat wszelkiej nędzy ludzkiej: ci schorzali - do łoża przybici, których Ty uzdrowiłaś. Ci głodni, których nakarmiłaś i przyodziałaś. Twoje miłosierdzie wysławiają ci najbiedniejsi nędzarze wszelkiego rodzaju, grzesznicy. Tyś potrafiła wydźwignąć ich z przepaści nałogów i największego zepsucia. Tyś im wskazała drogę do lepszego życia.

Najwięcej jednak mówi mi o Twej dobroci, miłosierdziu, moje własne życie. Tyle doznałem od zarania życia aż do tej chwili dowodów Twej łaskawości, tyle pociech, tyle pomocy niemal na każdym kroku i to wtedy, kiedy zupełnie na to nie zasługiwałem, owszem, ciężko Cię obrażałem, że słów mi brakuje, abym o tym, bodaj w cząstce mógł opowiedzieć.

Co by się wtedy ze mną stało, gdybyś na mnie nie spojrzała swym pełnym miłosierdzia wzrokiem. I teraz - nawet po odprawieniu tej nowenny - nie odchodzę bez Twej pociechy, bez Twego wsparcia. Cóż Ci oddam w zamian za to w podzięce, moja Matko Najdroższa?

Pragnienia moje są wysokie, ale jak zwykle płonne. Pragnąłbym chwałę Twoją i łaski Twoje głosić całemu światu. Być aniołem, który nie znałby słabości nędznego ciała, być duchem czystym, który wzlatując nad ziemię, zbierał wszystkie uwielbienia, modlitwy, jakie pobożni ludzie zanoszą do Ciebie - i śpiewał Ci wiecznie "Ave Maria".

Pragnąłbym być kapłanem, któryby miodopłynnym słowem o Tobie przemawiał. Być misjonarzem, który by dzikim narodom głosił Imię Twoje, i przez Ciebie ich do prawdziwej wiary nawracał.

O, jak słodko byłoby umierać za wiarę na wzór Twych synów w Sandomierzu, ze śpiewem na ustach "Salve Regina".

Wszystko to są wzniosłe marzenia, wiem jednak, że czego innego ode mnie żądasz, o Matko moja. Słyszę już głos Twój, który słodko przemawia do mnie: "Żądam jednego od ciebie - tylko, abyś spełnił wolę Bożą. Tu, w tych warunkach, w których cię zostawiła Opatrzność Boża, bądź aniołem pełnym dobroci, słodyczy dla wszystkich. W twym własnym domu bądź misjonarzem, ucząc swych bliźnich i bliskich słowem, a przede wszystkim przykładem, jak spełniać swoje obowiązki stanowe. Wreszcie, jeśli będzie taka wola Boża, bądź nawet i męczennikiem czy w chorobie, która cię trapi, czy w brakach materialnych, czy w duchowych udrękach, które cię nawiedzają, cierpiąc po chrześcijańsku, czy też znosząc od ludzi, wśród których żyjesz, przykre słowa i prześladowania po Bożemu".

Czy odmówisz Maryi, jeśli tego zażąda od ciebie? - Zapewne nie, bo Ją przecież kochasz, a dla kochającego nic przecież nie jest trudnego. Dlatego - na zakończenie - całym sercem odmów do Niej następującą modlitwę:

Modlitwa

O Królowo Nieba i ziemi, Matko Syna Bożego i moja Matko i Pani serca mego, pomny na Twą wielką u Syna łaskę i Twoją dobroć nieskończoną - a moją słabość i nicość - w dniu dzisiejszym całkowicie Ci oddaję mój rozum i biedne moje serce, moje życie i zdrowie, i wszystko co mam i posiadam, ponieważ jestem nędzarzem i nic właściwie nie posiadam. Oddaję Ci więc moją nędzę, moją chorobę, moją biedę, smutki i dolegliwości moje i mych najdroższych. Czyń ze mną i z nami, co chcesz, Twoją jesteśmy własnością.

O jedno Cię błagam, o Pani moja, spraw, aby życie moje i moich bliskich było miłym Tobie, abyśmy szli zawsze drogą przykazań Bożych i wypełniali we wszystkim wolę Bożą, i w łasce Bożej wytrwali do końca życia, mieli szczęśliwą śmierć i Ciebie mogli oglądać w Królestwie niebieskim na wieki.

Ojcze nasz..., 10×Zdrowaś Maryjo...

Modlitwa, jak w dniu pierwszym.



Oprac. MARYJNI.PL

Źródło: Nowenny do Matki Bożej Bolesnej - jaroslaw.dominikanie.pl