Dyskusje

12 grudzień 2011

Marian Piłka: Zwycięstwo Białej Flagi

0 komentarzy · 9413 czytań ·Drukuj

Środowiska narodowe i nacjonalistyczne, zwłaszcza te, które organizowały Marsz Niepodległości, kwestionują moralne i polityczne prawo Jarosława Kaczyńskiego i PIS-u do organizowania 13 grudnia Marszu Niepodległości i Solidarności. Swój sprzeciw motywują poparciem PIS-u dla ratyfikacji tego traktatu i osobistym udziałem Jarosława Kaczyńskiego w jego wynegocjowaniu. Traktat ten, nie tylko w ich wypowiedziach urasta do rangi symbolu polityki degradacji Polski. Został on oficjalnie podpisany 13 grudnia 2007 r. w Lizbonie. Natomiast Jarosław Kaczyński, podobnie jak i ostatnio wiceprezes PIS-u Mariusz Kamiński bronią tego traktatu uważając go za pomnik prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Czym zatem jest ten traktat i jak doszło do jego ratyfikacji?

Po upadku ratyfikacji traktatu konstytucyjnego, któremu PIS się zdecydowanie sprzeciwiał, czego wyrazem jest opracowanie programowe "Silna Polska w chrześcijańskiej Europie", Niemcy i Francja zabiegały o przygotowanie nowego, nieznacznie zmienionego traktatu. Bez zgody wszystkich członków Unii niemożliwe było rozpoczęcie formalnych negocjacji. Prezydent Lech Kaczyński wyraził na to zgodę w czasie wizyty Angeli Merkel na Helu w kwietniu 2007. Zaś na czerwcowym szczycie w Brukseli został on wynegocjowany z udziałem polskiego prezydenta. Jak donosiły media, także Jarosław Kaczyński telefonicznie brał udział w negocjacjach. Prezydent Kaczyński wielokrotnie podkreślał, że w tym traktacie osiągnął "wszystko", o co zabiegał, w tym wyłączenie Polski spod obligu stosowania Karty Praw Podstawowych. Uważał go za swój sukces i ostatecznie go ratyfikował.

Jakie zmiany wprowadza ten traktat? Przede wszystkim w preambule definiuje tożsamość Europy. Pomimo wielu protestów, w tym traktacie nie znalazło się żadne odniesienie do chrześcijaństwa. W ten sposób formalnie, dziedzictwo chrześcijańskiej Europy zostało zanegowane jako współtworzące tożsamość europejską. Wartości chrześcijańskie zostały wyrugowane z unijnego porządku prawnego. W traktacie w katalogu wartości nie znalazły się także prawa rodziny, natomiast znalazł się koncept "orientacji seksualnych" jako instrument umożliwiając ingerencję w politykę wewnętrzną państw członkowskich. Wbrew oficjalnym stwierdzeniom ten koncept znajdował się nie tylko w Karcie Praw Podstawowych, ale w samym tekście traktatu. Największe zmiany traktat lizboński wprowadzał w funkcjonowaniu Rady Europejskiej - najważniejszego decyzyjnego organu Unii. W traktacie nicejskim Polska, podobnie jak Hiszpania, posiadała 27 głosów, gdy Niemcy, Francja, Włochy i Wlk. Brytania 29 głosów. Wartość polskiego głosu wynosiła 93% wartości głosu niemieckiego. Traktat lizboński uzależnił siłę głosu od ludności poszczególnych państw. W ten sposób wartość polskiego głosu w stosunku do niemieckiego spadła do poziomu 48%. Ale nie to jeszcze było najważniejsze. W systemie nicejskim, praktycznie nie można było podejmować decyzji bez zgody Polski, to w systemie lizbońskim przy niemiecko-francuskiej zgodzie, polski głos był zbędny przy podejmowaniu decyzji. System podejmowania decyzji, wraz z ograniczeniem możliwości stosowania veta, stwarzał formalne podstawy niemiecko-francuskiej hegemoni w Unii. Ponadto traktat ustanawiał wspólną, wiążącą dla państw członkowskich, politykę zagraniczną Unii, bez wcześniejszego określenia jej charakteru. Ten zapis powodował, że Niemcy i Francja praktycznie byli w stanie podporządkować sobie politykę zagraniczną Unii, bez względu na interesy innych państw. Ten traktat prowadził do ubezwłasnowolnienia naszego państwa w strukturach unijnych i radykalnego ograniczenia naszej suwerenności.

Nie ulega wątpliwości, że ten traktat był największą klęska polskiej polityki zagranicznej od czasu upadku komunizmu i odzyskania niepodległości. Żaden traktat, ani żaden polityk polski od czasu rozbiorów nie zgodził się na przyznanie Niemcom tak wielkiej władzy i to kosztem międzynarodowej pozycji Rzeczpospolitej. Rzeczywiste znaczenie tego traktatu nie dotarło do opinii publicznej, ponieważ zarówno PIS, jak i PO oraz SLD i PSL nie były zainteresowane w debacie na jego temat i ujawnieniu jego prawdziwego charakteru. Prezydent Kaczyński i PIS ogłosiły go "sukcesem", a pozostałe partie akceptowały jego "europejski" charakter. W ten sposób praktycznie zablokowano publiczną debatę na jego temat. Dopiero obecnie wraz z kryzysem europejskim i ubezwłasnowolnieniem Grecji czy Włoch, do opinii publicznej powoli dociera świadomość rzeczywistego charakteru tego traktatu.

Jedynym środowiskiem, które starało się publicznie występować przeciwko traktatowi lizbońskiemu była Prawica Rzeczpospolitej. Już na posiedzeniu Komisji Spraw Zagranicznych na początku lipca 2007 r. Marek Jurek publicznie pytał minister Fotygę, czy ze strony polskiej delegacji były podejmowane wysiłki w celu wpisania wartości chrześcijańskich do preambuły określającej aksjologię europejskiej tożsamości. Minister stwierdziła, że żadne tego typu inicjatywy nie były podejmowane. Autor tego tekstu na tym posiedzeniu Komisji skoncentrował się na degradacji pozycji Polski w strukturach unijnych i stwierdził, że jedynym "sukcesem" tego traktatu było przejęcie przez braci Kaczyńskich przewodnictwa w partii Białe Flagi, terminu ukutego przez Jarosława Kaczyńskiego dla określenia polityki rezygnacji z walki o polskie interesy na płaszczyźnie międzynarodowej.

Afera gruntowa i rozwiązanie Sejmu zepchnęły sprawę traktatu na plan dalszy. Dopiero po wyborach Donald Tusk zadeklarował w swej gorliwości, że pragnie, aby Polska pierwsza ratyfikowała ten układ. W tej sytuacji 11 grudnia Prawica Rzeczpospolitej wystąpiła z Deklaracją W Sprawie Nowego Traktatu Unii Europejskiej. W Deklaracji tej sformułowano najważniejsze zarzuty i wezwano do jego odrzucenia. Deklaracja też ustanawiała zasadę: "tyle wspólnych instytucji i kompetencji, ile wspólnych wartości i interesów" - jako wytyczną dla polskiej polityki europejskiej. Natomiast w artykule opublikowanym w Rzeczpospolitej w dniu 9 stycznia 2008 r., Marek Jurek, uznając że traktat ten należy odrzucić, zwrócił się do sił politycznych o odroczenie wszczynania procedury ratyfikującej do czasu ratyfikacji w Czechach, Wlk. Brytanii i Irlandii, najbardziej krytycznych państw wobec tego układu. Autor wskazywał, iż to wstrzymanie się z rozpoczęciem procedury ratyfikacyjnej ułatwi Polsce formułowanie własnych postulatów dotyczących polityki europejskiej. Jednocześnie wskazywał, że PIS ma wystarczającą ilość głosów (ponad 154) nieumożliwiających zablokowanie tej ratyfikacji.

To wystąpienie, podobnie jak i wcześniejsza Deklaracja zapoczątkowała kampanię Prawicy Rzeczpospolitej na rzecz zablokowania tego traktatu. Prawica Rzeczpospolitej nie ograniczyła się do zajęcia stanowiska w tej kwestii, ale na miarę własnych możliwości, samotnie, prowadziła intensywną kampanię przeciwko ratyfikacji traktatu lizbońskiego. Na łamach "Naszego Dziennika" ukazało się szereg artykułów i wypowiedzi Marka Jurka i niżej podpisanego, ukazujących szkodliwy dla Polski charakter tego traktatu. Także w wystąpieniach w Radiu Maryja, Telewizji "Trwam" i sporadycznie w innych mediach (np. w "Dzienniku Polskim") przedstawiciele Prawicy Rzeczpospolitej walczyli o zablokowanie tego traktatu. Intensywnie wykorzystywany był także internet. Samych wpisów dotyczących Lizbony na blogu Marka Jurka jest 41.

Sejmowa akceptacja traktatu w maju 2011 r. nie zakończyła naszej batalii, choć nasze możliwości w wymienionych wcześniej mediach uległy radykalnemu ograniczeniu. Ta kampania, niezauważona przez wielu obserwatorów, nie korzystających z "Naszego Dziennika" i związanych z nim mediów, wywołała jednak duży niepokój w PIS-ie, który - głównie ze wyglądów wyborczych - obawiał się utraty poparcia wyborców tradycyjnych. Dlatego Jarosław Kaczyński zgodził się, aby część posłów jego partii głosowała przeciwko ustawie upoważniającej prezydenta do ratyfikacji. W ten sposób chciał doprowadzić i do ratyfikacji traktatu, i do zachowania wyborców tradycyjnych. Bez głosów PIS-u niemożliwa była bowiem ratyfikacja tego traktatu. PIS posiadał wystarczającą ilość posłów, aby go zablokować. Jednak Jarosław Kaczyński - wbrew apelom Marka Jurka - zgodził się na przyśpieszoną ratyfikacji traktatu. Jednak debata - przede wszystkim na łamach "Naszym Dziennika" - spowodowała, ze prezydent, aby nie stracić poparcia tradycyjnych wyborców, zaczął grać traktatem, zwlekając z jego ratyfikacją.

W czerwcu 2008 r. w referendum Irlandia odrzuciła traktat. W sensie formalnym, akt ten powinien zakończyć procedury ratyfikacyjne, ponieważ prawo unijne wymagało jednomyślności wszystkich państw do przyjęcia nowych traktatów. Tak było w przypadku traktatu konstytucyjnego, gdy referenda we Francji i Holandii odrzuciły traktat konstytucyjny. Natomiast w przypadku Irlandii, Niemcy i Francja, wbrew unijnej zasadzie równości wszystkich państw członkowskich, podjęły działania wymuszające na Irlandii powtórne referendum. Prezydent Kaczyński nie tylko nie stanął w obronie Irlandii, ale stwierdził w tej sytuacji, że ze strony Polski nie będzie problemów z rektyfikacją, jeżeli Irlandia w powtórnym referendum zgodzi się na ten traktat. W ten sposób polski prezydent wziął udział w kampanii moralnego szantażu, zmuszającego to państwo do przeprowadzenia powtórnego, upokarzającego go referendum.

Ten precedens wymuszania powtórnego referendum, w praktyce pokazywał nowy charakter Unii, po wprowadzeniu traktatu lizbońskiego, w której nie będzie miejsca na równość państw, ani na solidarność europejską. Ten precedens, groźny dla przyszłej pozycji mniejszych państw w Unii, nie zniechęcił prezydenta, który, po irlandzkiej akceptacji traktatu lizbońskiego, podpisał jego ratyfikację. Ta ratyfikacja stworzyła nową architekturę Unii Europejskiej. Przede wszystkim ustanowiła niemiecko-francuską hegemonię i radykalnie ograniczyła możliwości decyzyjne mniejszych państw. Zmniejszyła ilość decyzji podejmowanych jednomyślnie, a w przypadku sprzeciwu, Unia przetestowała wystarczające, pozaprawne możliwości dyscyplinowania jej członków, radykalnie ograniczając ich podmiotowość. Ustanowienie hegemoni niemiecko-francuskiej złamało dotychczas obowiązującą zasadę solidarności europejskiej. Narzucanie decyzji rządowych Grecji czy Włochom możliwe jest tylko dzięki zapisom lizbońskim. Postępującą germanizację Unii zawdzięczamy właśnie decyzjom wówczas podjętym.

Ustanowiono prezydenta Unii i jej "ministra spraw zagranicznych", oswajając obywateli państw unijnych ze strukturami, którym w przyszłości nada się bardziej państwowe kompetencję.

Odrzucając wartości chrześcijańskie i prawa rodziny z katalogu unijnych wartości i wprowadzając koncept "orientacji seksualnych" uderzono w podstawy europejskiej tożsamości jakim jest chrześcijaństwo. W ten sposób traktat pogłębił kryzys aksjologiczny naszego kontynentu.

Poprzez stworzenie instrumentów prawnych umożliwiających ingerowanie w wewnętrzną politykę państw członkowskich przez rozstrzygnięcia unijnych trybunałów, tym samym umożliwił narzucanie narodom europejskim rozwiązań ustrojowych sprzecznych z ich przekonaniami.

Traktat w znacznej mierze ubezwłasnowolnił Polskę w strukturach unijnych, radykalnie ograniczając jej podmiotowość. Polska straciła prawie połowę siły swego głosu w porównaniu z siłą głosu niemieckiego, ale najistotniejsze, że straciła możliwość realnego wpływu na unijne decyzję.

Ograniczenie podmiotowości państw członkowskich należy widzieć w perspektywie budowy europejskiego superpaństwa rządzonego, za parawanem Komisji Europejskiej, z Berlina i Paryża.

Obecny kryzys, ujawnił także słabość Francji, która musi się godzić na dyktat Niemiec, a ustanowiony duumvirat niemiecko-francuski staje się fasadą hegemoni wyłącznie niemieckiej.

Ten traktat jest wielkim zagrożeniem naszej wolności i podmiotowości i nic nie usprawiedliwia jego akceptacji. To wielka klęska naszego narodu, niestety w znacznej mierze - tak jak w pierwszej połowie XVIII w. stopniowa utrata niepodległości - niezauważona przez przeważającą część polskiej opinii publicznej.

Dziś w sytuacji kryzysu europejskiego stajemy przed wyzwaniem dalszej stopniowej utraty niepodległości i możliwości zaprzepaszczenia szans gospodarczego rozwoju. Zaproponowany międzyrządowy traktat na szczycie w Marsylii zagraża tzw. harmonizacją podatkową, ograniczeniem wolności europejskiego rynku, kontrolą naszego budżetu, a w przyszłości najprawdopodobniej także "wspólną" polityką obronną, socjalną i przemysłową. Tym bardziej, że już dziś niektórzy politycy polscy (Jarosław Kaczyński) proponują podważenie systemu NATO poprzez stworzenie armii europejskiej. To wszystko prowadzi do likwidacji suwerenności państw europejskich. Zadeklarowany przez Donalda Tuska udział Polski w tym "międzyrządowym" układzie musi być zdecydowanie odrzucony.

Chrześcijańska koncepcja polityki zdecydowanie odrzuca zapominanie i rozmywanie odpowiedzialności za podejmowane w przeszłości decyzje. Jednak za najważniejsze uznaje współpracę różnych środowisk w przeciwdziałaniu obecnym i przyszłym zagrożeniom. Dlatego dziś najważniejszym zadaniem jest współpraca wszystkich środowisk opowiadających się przeciwko postępującej likwidacji naszej suwerenności, bez względu na podejmowane w przeszłości decyzje i zachowania. Porozumienie w tej sprawie jest wymogiem racji stanu, a każde partyjne rozgrywanie obecnego zagrożenia jest przejawem niedojrzałości i nieodpowiedzialności. Jesteśmy w stanie powstrzymać ten marsz ku samounicestwieniu naszej suwerenności we wspólnym solidarnym działaniu. I dlatego parlamentarne partie, sprzeciwiając się degradacji Polski, powinny zapoczątkować konsolidacje na rzecz odrzucenia tego zagrożenia. Czas polityki Białej Flagi powinien dobiec kresu.

Marian Piłka

Komentarze

Brak komentarzy. Może czas dodać swój?

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.

Oceny

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony

Zaloguj się , żeby móc zagłosować.
Brak ocen. Może czas dodać swoją?

Wspomóż nas

wesprzyj serwis

Ostatnio na forum

Najnowsze tematy
Najciekawsze tematy

Losowy wątek

kuba napisał/a: Dla mnie różaniec jest trudną modlitwą. Ja znam trudniejsze modlitwy, np: Tajemnica Szczęścia lub Modlitwy 7 Ojcze Nasz i Zdrowaś Maryjo.
chani · 11-02-2010 20:02

Reklamy Google